16 stycznia 2026
29 gier, na które zabrakło nam czasu w 2025

Skrypt i gameplay: FireStorm

Montaż: Marcin "EvilSaiga" Fyda

Czytał: Arkadiusz "Dark Archon" Kamiński

Korekta: Viatoro

W materiale znalazły się moje wrażenia z dwóch gier:
- Routine
- Skate Story

Routine (00:24:43)

Budzisz się w ośrodku wypoczynkowym na Księżycu, ale nikogo tu nie ma. Metal pracuje pod wpływem temperatury, skrzecząc przy tym niemiłosiernie. Wiszące kineskopy piszczą, jakby miały zaraz zgasnąć. Ośrodek, choć pusty, jest żywy i oddycha.

Routine reprezentuje retrofuturyzm - wizję przyszłości opartą o technologie lat 80. Miniaturowe kineskopy, monochromatyczne interfejsy i setki przycisków, które obsługuje się ręcznie. Podstawowym narzędziem jest urządzenie wielofunkcyjne CAT. Wyposażono je w kamerę i kineskopowy ekran o niskim odświeżaniu, który czasami trzeba rozmagnesować. Obcowanie z technologią jest nie tylko zabawą, ale też elementem rozgrywki. Zmiana trybu CAT-a wymaga naciśnięcia serii klawiszy i użycia suwaków, co w sytuacji zagrożenia bywa wyzwaniem.

A zagrożeń, jak to w horrorze, jest aż nadto. Ośrodek przemierzają roboty sterowane przez SI. Nie kontroluje ona wszystkich ciał naraz, a przeskakuje między nimi w czasie patrolu. Sprawia to, że nawet nieaktywna maszyna budzi niepokój, bo w każdej chwili może ożyć, a możliwości obrony przed nią są ograniczone. Z tego względu nawet proste czynności, jak czytanie maili, wymagają ciągłego nasłuchiwania kroków i stają się testem nerwów.

Routine dobrze rozumie, że śmierć jest wentylem dla napięcia w horrorze, dlatego nie odkręca go tak łatwo. Złapanie przez robota nie skutkuje natychmiastowym zgonem, a brutalnym rzuceniem o podłogę i szansą na ucieczkę. Serce bije wtedy jak szalone, a SI potrafi dynamicznie zmieniać powłokę w trakcie pogoni. Późniejsze etapy radykalnie zmieniają i utrudniają te zasady, łamiąc horrorowe schematy w zaskakujący sposób.

Atmosfera Routine jest niezwykle immersyjna. Diegetyczne interfejsy, dźwięki analogowej technologii czy konieczność nasłuchiwania każdego kroku przeciwników sprawiają, że napięcie momentami staje się nie do zniesienia, szczególnie w drugiej połowie gry. I niech was nie zwiodą zwiastuny - to nie jest kolejna opowieść o złej SI. To pięknie opowiedziana i zachwycająca wizualnie alegoria, o której trudno przestać myśleć nawet długo po zobaczeniu napisów końcowych.

Skate Story (00:50:34)

Trudno o bardziej opisowy tytuł niż Skate Story. To gra narracyjna, pozwalającą wcielić się w demona ze szkła i bólu. Zawiera on umowę z diabłem, w ramach której jego dusza otrzyma wolność, o ile zje siedem księżyców oświetlających bladym blaskiem każdy z kręgów piekielnych. I dokona tego przy pomocy deskorolki, bo to również gra o czesaniu trikulców na desce.

I to czesaniu w jakim stylu! Zapomnijcie o piekle otoczonym płomieniami, a powitajcie nocne krajobrazy miasta, przefiltrowane przez szorstki kamień, pryzmatyczne szkło i neonowe światła. Ze zdrową szczyptą nowojorskiego folkloru oraz vaporwave'u. Za ten ostatni w dużej mierze odpowiada fenomenalna ścieżka dźwiękowa autorstwa Blood Cultures oraz Johna Fio, która najpewniej długo nie zniknie z waszej muzycznej listy. Developer pragnął odtworzyć atmosferę samotnej jazdy na desce nocą przez miasto, ze słuchawkami w uszach. Ten stan, gdy wszystko wydaje się możliwe, a jednocześnie nieosiągalne. Udało mu się to bezbłędnie, lecz nie znaczy to, że Skate Story dryfuje tylko na fali melancholii dla osób cierpiących na bezsenność.

Rozgrywka opiera się na trzech filarach. Pierwszy z nich to otwarte lokacje skupiające się na rozmowach z tubylcami oraz swobodnym szlifowaniu umiejętności jazdy na desce. Tu wybrzmiewa poetycka i nieco surrealistyczna strona gry, nakazująca spokojnie nasiąkać miejską atmosferą oraz poczuciem buntu i wolności, nierozerwalnie związanymi z kulturą skejterską. W drugim pędzi się przez dynamicznie zmieniające się tory przeszkód. Pozwala to niemal wpaść w trans, gdy prędkość i bit muzyki zlewają się w synestetyczne doświadczenie. Trzeci zaś to emocjonujące walki z bossami, gdzie tąpnięcie deską o ziemię zadaje tym więcej obrażeń, im wyższa jest zbudowana kombinacja trików. O ile początkowe księżyce nie stanowią wyzwania, tak slalom między atakami strażników piekła czy pościg za uciekającym blaskiem niedoszłego posiłku robią ogromne wrażenie.

Skate Story nie plasuje siebie jako konkurencję dla Tony'ego Hawka, ale też nie traktuje rozgrywki pobieżnie. Jej system jazdy jest zaskakująco rozbudowany, a nauka podstaw nierzadko kończy się bolesnym roztrzaskaniem szklanego ciała demona o bruk. To po prostu cudowna gra o całości doświadczenia jazdy na desce: zarówno tej fizycznej i dynamicznej stronie, jak i bardziej refleksyjnej i poetyckiej. Co docenią nawet laicy czterech, małych kółek.

***