

Nosferatu: The Wrath of Malachi jest grą niedopracowaną, ale przy tym zaskakująco ciekawą i wartą zagrania. To mieszanka roguelite'a z misją eskortową i to z limitem czasowym, co nie brzmi najlepiej, ale zaskakująco dobrze działa i miejscami tworzy naprawdę niepokojącą atmosferę horroru.
Tytuł jest bardzo luźno powiązany z historią o Nosferatu - zgadza się ogólny zarys historii, ale całość służy jedynie jako pretekst do wrzucenia do zamku chmary istot nocy. Celem pozostaje ubicie Orloka i uratowanie rodziny, na co ma się ograniczony czas. Krewni giną w z góry określonych godzinach.
Wymusza to znaczący pośpiech w eksploracji. Zamek hrabiego jest ogromny, wiele pomieszczeń wymaga kluczy, a część pokoi jest generowana proceduralnie. To bardzo interesujący pomysł, ale nie zawsze działa ze względu na za małą różnorodność komnat, co nieintencjonalnie zamienia posiadłość w labirynt.
To tym istotne, że nie wystarczy dotrzeć do krewnego, trzeba jeszcze z nim wrócić do bezpiecznej lokacji. Rzadko zdarza im się zginąć, ale zgubić już tak, więc trzeba ich pilnować. Niemniej, wymusza to ciągłe tworzenie mentalnej mapy posiadłości, co przy wysokim tempie rozgrywki nie jest łatwe.
Nagrodą są nowe przedmioty do walki z maszkarami. Na wampiry najlepsze są osikowe kołki, a Cienie padają na widok krucyfiksu. Ten ostatni święci też zbiorniki z wodą - najpotężniejszą broń. Fakt, że przeciwnicy mocno biją i są podatni na różne przedmioty sprawia, że walki potrafią być emocjonujące.
Wynikiem połączenia tych elementów jest dosyć prosty konstrukcyjnie i bardzo niedopracowany shooter, który niejednokrotnie trzyma napięcie jak rasowy survival horror. Szkoda, że autorzy nie poszli dalej ze swoim pomysłem generowania pokoi, bo wtedy gra mogłaby dużo bardziej zapisać się w historii.