

Splinter Cell: Chaos Theory ma wyraźnie większy budżet niż poprzednicy i świetnie go wydaje, wprowadzając wiele drobnych, ale znaczących dla odbioru zmian. Jest też najłatwiejszą odsłoną do polecenia z dotychczasowych trzech przeze mnie opisanych. Najbardziej dopracowana i dająca najwięcej swobody.
Jednakże najistotniejsza jest zmiana projektu poziomów. Poprzednie gry z serii były liniowe, dając mało możliwości improwizacji. Teraz nie tylko większość lokacji ma kilka punktów wejścia, ale też gra zachęca do eksploracji przez opcjonalne zadania oraz reaguje do pewnego stopnia na ich ominięcie.
Przeciwnicy działają w grupach, mają więcej stanów zaalarmowania oraz używają latarek, co przeciwdziała znanym taktykom i wymusza kreatywniejsze zabawy. Nowe możliwości otwiera pozwalający zakłócać urządzenia elektroniczne, w tym światła, pistolet Sama. Przydaje się też pasek dźwięku otoczenia.
Historie znacznie lepiej się śledzi. Przed każdą misją są przerywniki filmowe i wprowadzenie tekstowe,a w trakcie zadania drużyna Sama częściej ze sobą rozmawia i nawet reaguje na bardziej kontrowersyjne decyzje. Doceniam też więcej opcji przesłuchań i wynikający z tego humor kreślący charakter Sama.
Napad na bank z wszędobylskimi laserowymi czujnikami, japońska łaźnia ze świecami i powalającą się ukryć parą, czy ulice Seulu z patrolującymi UAV mocno zapadają w pamięć, są ciekawymi scenariuszami samymi w sobie i w istotny sposób zmieniają dynamikę rozgrywki. Gorzej wypada misja w biurowcu.